Część 19 – Wsadź se pan w d… ten sekator!

Alina

Gdy byłam w szkole Counsellingu Gestalt, prowadzący opowiedział nam historię o tym, jak działa podświadomość i projekcje (to moment, w którym wydaje nam się, że widzimy świat, podczas gdy naprawdę widzimy jedynie swoją wizję…).

Pan Jan poszedł do sąsiada pożyczyć sekator. Podczas tej krótkiej bądź co bądź drogi jego podświadomość zaczęła tłumaczyć mu dlaczego sąsiad na pewno nie będzie chciał mu go pożyczyć – że pewnie uda, że zgubił lub potrzebuje go akurat w tej chwili. Pan Jan zaczął się złościć, przecież sąsiad mógłby po prostu pożyczyć ten sekator bez marudzenia! Przypomniał sobie, że ostatnio oddał sąsiadowi grabie dopiero po kilku dniach, a w garażu od dwóch tygodni nadal czekała pożyczona kosiarka… No w tej sytuacji na pewno się nie zgodzi! Pan Jan w końcu dotarł do domu sąsiada, zadzwonił, drzwi się otwarły…
– A wsadź se pan w d… ten swój sekator! – wypalił bez zastanowienia…

Pamiętam jak cała grupa śmiała się z tej opowiastki, ja również… dopóki nie przypomniałam sobie jak sama wykręciłam podobny numer 😉

Indie. Kilka lat wcześniej. Lipiec, pora monsunu. Ashram w stanie Orissa.

Monsun w Indiach to nie tylko upał i wilgoć, od których ciężko oddychać, a każdy (!) centymetr kwadratowy twojej skóry pokryty jest na stałe cienką warstewką potu. Monsun, to też nie tylko ciepły deszcz spadający nagle na głowę jakby się weszło pod ceber z wodą, ani komary – cztery razy większe od naszych (!) – bezlitośnie napadające każdego, kto wystawi nos z moskitiery (o ile ją posiada). Karaluchy, ogromne mrówki i pająki, czy węże też nie są jeszcze głównym problemem. Najgorsze jest to, co dzieje się nie na zewnątrz, ale wewnątrz ciała… albo raczej powinno dziać się wewnątrz, ale to jakoś nie wychodzi… Mowa o biegunkach. Koszmarnych. Trwających wiele tygodni. Śmialiśmy się nawet, że wlewasz wodę, a ona za chwilę po prostu z ciebie wypływa… Chorowali wszyscy, hindusi również.

W takich oto okolicznościach przyrody wstałam jak co dzień przed świtem, spiesząc się na poranną medytację o 4:45. Ponieważ był to intensywny program medytacyjny, mnich prowadzący ashram lubił sprawdzać czy przychodzimy na czas i… wystawiać na ostre próby ego tych, którzy się spóźniali. Wiem, że trudno sobie wyobrazić ubranego na pomarańczowo, brodatego hindusa, około 1,50 m wzrostu, przed którym drżą wszyscy wokół… ale tak właśnie było. Ów mnich jest jednym z najwspanialszych i najbardziej niezwykłych osób, które poznałam, tylko… nikt z nas nie chciał się spotkać z jego dyscyplinującą stroną osobowości 😉

Wracając do porannej medytacji… Była już 5:00, a ja byłam spóźniona! Ostatnie 20 minut spędziłam w ubikacji… Wyszłam z domku i w półmroku (właśnie zaczynał się świt) zmierzałam do sali medytacyjnej, modląc się w duchu, żeby nie spotkać tego mnicha. Moja podświadomość wyraźnie dopingowała mnie do szybszego kroku. A co jeśli się na niego natknę? Ochrzani mnie, że się spóźniam. Ale przecież to nie moja wina! Kto by chciał mieć taką biegunkę. To trwa już kilka tygodni. Wcale nie przechodzi. Leki pomagają na chwilę, a potem znowu wszystko wraca. Jak on może oczekiwać, że w tych warunkach będziemy na czas?! I niby co miałam zrobić?!

Nagle za zakrętem zamigotał fragment pomarańczowej szaty. Rozejrzałam się wokół. Wąska ścieżka. On na rowerze, coraz bliżej. Krzaki po bokach nagle wydały mi się bardzo zachęcające. A może uciec z powrotem do domku? Już nie zdążę. Nie! Nie będę uciekać! W końcu to nie moja wina, że mam biegunkę!

– Witaj. Co tu robisz?… – zignorowałam szeroki uśmiech mnicha.

– Nie jestem w stanie być na czas! Mam biegunkę! Jak mam zdążyć?! – słowa wypłynęły z moich ust z siłą pocisku, nawet nie nabrałam oddechu.

– O.K. Spokojnie. W porządku… – wysoko uniesione brwi wyrażały totalne zaskoczenie moim wybuchem.

Wcale nie jest O.K! – mogłabym przysiąc, że sytuacja go bawiła. – Choruję od kilku tygodni. To jest masakra. Leki nie pomagają.

– To się pomódl. Mnie wczoraj bolało gardło, a dzisiaj muszę jechać na ważny zjazd. Pomodliłem się i mi przeszło – uśmiechał się życzliwie, w  jego głosie nie było cienia reprymendy, co jednak nie powstrzymało mnie od dalszego ataku.

– Modlę się od tygodni! – wypaliłam. – Widocznie nie mam takiej wiary jak ty.

– W takim razie pomodlę się za ciebie.

Zatkało mnie. Totalnie. Moja złość i frustracja wyparowała doszczętnie pozostawiając mnie na pastwę wstydu. Powoli zaczęło do mnie docierać, że to ja spowodowałam całą awanturę, a on cały czas starał się mi pomóc. Było mi strasznie głupio. Podziękowałam i pobiegłam na medytację.

Od tego dnia skończyły się moje problemy z biegunkami. Przyznam się jeszcze do czegoś – odczekałam trzy dni, zanim uwierzyłam, że naprawdę minęło. Byłam zdrowa. Jak ręką odjął! Poszłam do mnicha podziękować mu, bo cokolwiek zrobił – zadziałało! A dla mojej podświadomości i świadomości razem wziętych to po prostu nie mieściło się w obszarze „prawdziwe”.

Czy powinienem cię zbesztać? – zapytał z poważną miną.

– Nie… – odpowiedziałam na wszelki wypadek, zawsze lepiej się ubezpieczyć. – Za co?

– Za twój brak wiary! – uśmiechnął się.

Share